piątek, 27 maja 2016

Pierwszy rzut SM.

   Zaczęło się jak u większości z Was. Niewinnie? Przypadkowo? Nic nie zapowiadało, że to będzie moje pierwsze spotkanie z SM i to jeszcze w Święta Bożego Narodzenia... Tak dobrze przeczytaliście w Boże Narodzenie miałam "przyjemność" doświadczyć pierwszego rzutu...
*RZUT zwany: POZAGAŁKOWE ZAPALENIE NERWU WZROKOWEGO OKA LEWEGO.


   W dniu Wigilii 2014 roku, wstaję rano niczego nieświadoma z łóżka. Zaspana idę do łazienki i wykonuję w niej poranne czynności- jeszcze nie zorientowałam się, że moje lewe oko nie funkcjonuje właściwie. Dopiero kiedy zerknęłam w lustro i nie widziałam dokładnie mojej twarzy przeszło mi przez myśl, że coś jest nie tak. Jednak nie miałam czasu na rozwodzenie się nad okiem, bo jak już pisałam była Wigilia i dużo spraw do załatwienia. Z trudem wymalowałam oko (jestem uzależniona od mascary i eyelinera) i razem z mamą rzuciłam się w wir przygotowań świątecznych.
Mija kilkanaście godzin...  
Zasiadam do kolacji wigilijnej i zdaję sobie sprawę, że straciłam wzrok w lewym oku- nic kompletnie nie wiedziałam. Po zasłonięciu prawego oka- lewe widziało tylko czarną plamę, z niewielkimi przebłyskami jasnego koloru. Byłam w szoku, ale nie chcąc psuć atmosfery świąt powiedziałam tylko mamie, że mam kłopot z widzeniem. Uznałyśmy, że poczekamy do następnego dnia (jestem realistką i wiem jak wygląda SOR w święta. A poza tym, z natury wszystko bagatelizuję). Pierwszego dnia świąt, poinformowałam tatę, że coś dzieje się z moim okiem. Mama nalegała, żebyśmy podjechali do szpitala. Jednak ja uparcie obstawałam przy tym, że samo przejdzie. Nie przeszło... Zabrałam się z tatą do Wojewódzkiego Szpitala Okulistycznego, który od mojego bloku jest jakieś 10 minut samochodem. Jak na złość nie chcieli mnie przyjąć i odesłali mnie po skierowania na SOR do zwykłego szpitala (mogłam tam wrócić ze skierowaniem). O ironio! Pełna frustracji i rozczarowania nie miałam ochoty spędzać "miliona" godzin na SORze, więc wróciłam do domu i uznałam, że po świętach pójdę bez niczyjej łaski do okulisty. (jestem dość nerwową osobą)
Oko stawało się  coraz bardziej uciążliwe-więc udałam się kilka dni przed Sylwestrem do okulisty. Pani doktor po serii podstawowych badań- nie mogła sama uwierzyć, że nie widzę na ścianie litery "C" wielkości kartki A4... odesłała mnie do szpitala w trybie pilnym.
Szpital... Powtórna seria tych samych badań  i skierowanie na oddział okulistyczny... Jakie było zaskoczenie dla mnie i dla moich rodziców kiedy okazało się, że muszę zostać na okulistyce. To był dla mnie cios... Ja i szpital? No bez takich mi tu żartów! Przecież ja już się umówiłam na Sylwestra z przyjaciółką... A tu takie zaskoczenie... Tydzień na sterydach i powitanie nowego roku w szpitalnym łóżku- „cudownie”- nie wspominając już, że byłam jedyną pacjentką na oddziale. Do tego mój lekarz prowadzący mówił niewiele.
Po okropnym tygodniu spędzonym samotnie na oddziale mogłam wrócić do domu. Na wypisie zobaczyłam - pozagałkowe zapalenie nerwu wzrokowego. Nie wiedząc co to znaczy i długo nie myśląc- sprawdziłam w Internecie co to oznacza. Krótko SM. Znałam tę chorobę, jako że od lat byłam wolontariuszką, ale wstyd przyznać nigdy poważniej się nie zastanawiałam nad nią. Nastała chwila konsternacji. „Nieee to niemożliwe”- pomyślałam i szybko wymazałam z pamięci. Nie miałam czasu myśleć nad SM, ponieważ byłam na 3 roku studiów co za tym idzie w głowie miałam już tylko obronę i zaliczenie sesji na czas, która przesunęła się ze względu na mój pobyt w szpitalu. Chodziłam od tego czasu na kontrolę do neurologa i okulisty. Miałam też zrobioną tomografię i rezonans głowy (który miał wszystko wyjaśnić)- tuż przed następnym rzutem, ale o tym już następnym razem...





Krótki wstęp do mojej przygody z SM.

   Mam na imię P. i mam 23 lata (rocznik 1993). Z diagnozą Stwardnienia Rozsianego żyję od roku. To krótki okres czasu, ale wiele przeżyć, jeszcze więcej doświadczeń i zawirowań w moim życiu.- Pewnie świetnie rozumiecie ten początkowy "chaos" życia z nowym "przyjacielem" zwanym w skrócie SM.
   Postanowiłam opisać moją historię i podzielić się moimi doświadczeniem z SM, po przeczytaniu wielu Waszych opowieści, które zainspirowały mnie do napisania czegoś o sobie. Ten blog ma dla mnie również charakter terapeutyczny. Jest moją prywatną odskocznią od codzienności. Tu mogę wyładować moją frustrację, podzielić się przeżyciami- tymi radosnymi jak i smutnymi. (Sądzę, że wiele osób rozumie do czego zmierzam i nie muszę tłumaczyć).
   Mam nadzieję, że mój blog pomoże komuś zmierzyć się z SM i zainspiruje do stworzenia czegoś własnego .

*Dodam tylko, że jestem osobą o twardym charakterze i z dużym dystansem do siebie. Bardzo lubię i cenię sarkazm, którego może być dużo w moich wypowiedziach. Nie cierpię, za to koloryzowania i ubarwiania historii, więc moje wpisy mogą "oschłe" (tak zawsze na moje wypracowania mówiła polonistka w gimnazjum), krótkie i na temat.
*Hejtu się nie boję, bo każdy ma z nim dziś do czynienia, a najprościej się ocenia kogoś przez Interent - anonimowo. (Ciekawe czy tzw. Hejterzy mięli by odwagę w realu powiedzieć to co piszą na różnych stronach komuś prosto w oczy?)

Pora zacząć moją historię!