sobota, 30 lipca 2016

Drugi rzut SM.

Moje lewe oko dosyć długo dochodziło do "normy". Lekarz przy wypisie zwrócił uwagę na to, żebym uważała na przeziębienie, ponieważ mam osłabiony organizm sterydami. Oczywiście olałam jego rady, bo miałam poważniejsze sprawy na głowie. A mianowicie wróciłam na studia tuż przed samą sesją. Musiałam przygotować kilka zaległych prezentacji i zacząć się uczyć do egzaminów. Kto by przejmował się kichającymi ludźmi w autobusie? W zimie to norma, że każdy smarka. Pech chciał, że mój lekarz wykrakał mi przeziębienie. Straciłam głos... Tu egzaminy w większości ustne (ponieważ nie mogłam za długo siedzieć nad kartką i dostałam pozwolenie na egzaminy w formie ustnej) a ja nie mogę wykrztusić z siebie słowa... Wyobrażacie sobie? FATUM... Na szczęście miałam bardzo wyrozumiałych wykładowców, którzy poszli mi znowu na rękę i mogłam w spokoju wyleczyć gardło. Tak z opóźnieniem zdałam zimową sesję.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że za kilka miesięcy "zwykłe" przeziębienie wywoła kolejny rzut....
Od lutego co miesiąc chodziłam kontrolnie do neurologa- szczerze mówiąc nie przkładałam do niech większej wagi. Pani doktor wypisała mi skierowanie na rezonans magnetyczny głowy. Terminy w dużych miastach są maskrycznie długie. Dlatego tata znalazł rezonans w mniejszym mieście. W połowie marca pojechałam na badanie. Po kilku dniach dostałam kopertę z wynikiem. Wyczytałam z niego „ogniska demielinizacyjne”. Pozostało mi przeglądnięcie jak poprzednim razem „oferty” internetowej. Nie byłam nawet zaskoczona kiedy wyskoczyły mi dwie literki SM, ponieważ przy pozagałkowym zapaleniu nerwu wzrokowego już spotkałam ten termin. Tym razem baczniej czytałam różnego rodzaju strony o stwardnieniu rozsianym. Dalej jednak gdzieś wyrzucałam to z pamięci. Pod koniec kwietnia miałam iść z wynikami do pani neurolog i miało się wszystko wyjaśnić. Po wiosennej przewie świątecznej wróciłam pełna energii na studia. Nic nie wskazywało, że obudzę się ze zdrętwiałą lewą nogą, Właściwie to moja noga była "sparaliżowana". Idąc wlekłam ją za sobą, ale twardo uczęszczałam na zajęcia i praktyki w szkole. Ból i ciężar mi nie przeszkadzały. (Jestem od dziecka dość odporna na ból pomimo tego, że jestem bardzo drobna.) Przecież taka "błahostka" nie pokrzyżuje mi planów. Moi koledzy powtarzali ciągle, żebym poszła do lekarza. Nie mogli patrzeć jak z trudem chodzę. Rodzice nie bardzo wiedzieli co znowu mi się dzieje. Zachowali spokój, bo znali mnie że ciągle coś sobie skręcam albo wybijam więc dali mi czas, który mijał a mi nie przechodziło. Pod naciskami najbliższych poszłam do neurologa, jako że i tak miałam wyznaczony termin wizyty. Wywiad, badania ruchu, opis i oglądnięcie rezonansu i P. ma zapewniony kolejny pobyt w szpitalu – tym razem na neurologii. Lekarka szczerze powiedziała, że prowadzą badanie pod kątem boreliozy albo SM. Dlatego pierwszego dnia w szpitalu zaraz po tym jak się tylko przebrałam musiałam mieć zrobioną punkcję lędźwiową, na którą psychicznie nie byłam gotowa. Nie było przy mnie nikogo bliskiego. Rodzice byli w pracy i nie mogli wziąć dnia wolnego a reszta rodziny nie wiedziała, że będę miała taki zabieg. Punkcja odbyła się to bez znieczulenia. Mój płacz i krzyk słyszało pół szpitala... Do tej pory jak sobie to przypomnę to mam ciarki... Cały dzień z bólu przespała. Pamiętam tylko, że nie mogłam wstawać, żeby nie mieć zespołu popunkcyjnego- podobno boli głowa tak jak na kacu- na szczęście nie doświadczyłam kolejnego bólu. Na wyniki badań musiałam czekać kilka dni, ponieważ wysłano je do innego miasta. I tak spędziłam tydzień w szpitalu. Obchód, sterydy, rehabilitacja, tabletki i tak w kółko przez 7 dni. Można zwariować. Odliczałam dni do wypisu, nudząc się na oddziale. Znajomi starali się jak mogli, żeby dzwonić do mnie codziennie i zasypywać mnie opowieściami i ploteczkami. Jednak nie jestem przyzwyczajona do takiego biernego odpoczynku. Na szczęście rano lekarka przy obchodzie powiedziała, że dziś mogę wrócić do domu, jednak musimy porozmawiać. Czekałam jak na szpilkach na rozmowę z nią. W duchu jednak wiedziałam i byłam przygotowana na to co usłyszę...


piątek, 27 maja 2016

Pierwszy rzut SM.

   Zaczęło się jak u większości z Was. Niewinnie? Przypadkowo? Nic nie zapowiadało, że to będzie moje pierwsze spotkanie z SM i to jeszcze w Święta Bożego Narodzenia... Tak dobrze przeczytaliście w Boże Narodzenie miałam "przyjemność" doświadczyć pierwszego rzutu...
*RZUT zwany: POZAGAŁKOWE ZAPALENIE NERWU WZROKOWEGO OKA LEWEGO.


   W dniu Wigilii 2014 roku, wstaję rano niczego nieświadoma z łóżka. Zaspana idę do łazienki i wykonuję w niej poranne czynności- jeszcze nie zorientowałam się, że moje lewe oko nie funkcjonuje właściwie. Dopiero kiedy zerknęłam w lustro i nie widziałam dokładnie mojej twarzy przeszło mi przez myśl, że coś jest nie tak. Jednak nie miałam czasu na rozwodzenie się nad okiem, bo jak już pisałam była Wigilia i dużo spraw do załatwienia. Z trudem wymalowałam oko (jestem uzależniona od mascary i eyelinera) i razem z mamą rzuciłam się w wir przygotowań świątecznych.
Mija kilkanaście godzin...  
Zasiadam do kolacji wigilijnej i zdaję sobie sprawę, że straciłam wzrok w lewym oku- nic kompletnie nie wiedziałam. Po zasłonięciu prawego oka- lewe widziało tylko czarną plamę, z niewielkimi przebłyskami jasnego koloru. Byłam w szoku, ale nie chcąc psuć atmosfery świąt powiedziałam tylko mamie, że mam kłopot z widzeniem. Uznałyśmy, że poczekamy do następnego dnia (jestem realistką i wiem jak wygląda SOR w święta. A poza tym, z natury wszystko bagatelizuję). Pierwszego dnia świąt, poinformowałam tatę, że coś dzieje się z moim okiem. Mama nalegała, żebyśmy podjechali do szpitala. Jednak ja uparcie obstawałam przy tym, że samo przejdzie. Nie przeszło... Zabrałam się z tatą do Wojewódzkiego Szpitala Okulistycznego, który od mojego bloku jest jakieś 10 minut samochodem. Jak na złość nie chcieli mnie przyjąć i odesłali mnie po skierowania na SOR do zwykłego szpitala (mogłam tam wrócić ze skierowaniem). O ironio! Pełna frustracji i rozczarowania nie miałam ochoty spędzać "miliona" godzin na SORze, więc wróciłam do domu i uznałam, że po świętach pójdę bez niczyjej łaski do okulisty. (jestem dość nerwową osobą)
Oko stawało się  coraz bardziej uciążliwe-więc udałam się kilka dni przed Sylwestrem do okulisty. Pani doktor po serii podstawowych badań- nie mogła sama uwierzyć, że nie widzę na ścianie litery "C" wielkości kartki A4... odesłała mnie do szpitala w trybie pilnym.
Szpital... Powtórna seria tych samych badań  i skierowanie na oddział okulistyczny... Jakie było zaskoczenie dla mnie i dla moich rodziców kiedy okazało się, że muszę zostać na okulistyce. To był dla mnie cios... Ja i szpital? No bez takich mi tu żartów! Przecież ja już się umówiłam na Sylwestra z przyjaciółką... A tu takie zaskoczenie... Tydzień na sterydach i powitanie nowego roku w szpitalnym łóżku- „cudownie”- nie wspominając już, że byłam jedyną pacjentką na oddziale. Do tego mój lekarz prowadzący mówił niewiele.
Po okropnym tygodniu spędzonym samotnie na oddziale mogłam wrócić do domu. Na wypisie zobaczyłam - pozagałkowe zapalenie nerwu wzrokowego. Nie wiedząc co to znaczy i długo nie myśląc- sprawdziłam w Internecie co to oznacza. Krótko SM. Znałam tę chorobę, jako że od lat byłam wolontariuszką, ale wstyd przyznać nigdy poważniej się nie zastanawiałam nad nią. Nastała chwila konsternacji. „Nieee to niemożliwe”- pomyślałam i szybko wymazałam z pamięci. Nie miałam czasu myśleć nad SM, ponieważ byłam na 3 roku studiów co za tym idzie w głowie miałam już tylko obronę i zaliczenie sesji na czas, która przesunęła się ze względu na mój pobyt w szpitalu. Chodziłam od tego czasu na kontrolę do neurologa i okulisty. Miałam też zrobioną tomografię i rezonans głowy (który miał wszystko wyjaśnić)- tuż przed następnym rzutem, ale o tym już następnym razem...





Krótki wstęp do mojej przygody z SM.

   Mam na imię P. i mam 23 lata (rocznik 1993). Z diagnozą Stwardnienia Rozsianego żyję od roku. To krótki okres czasu, ale wiele przeżyć, jeszcze więcej doświadczeń i zawirowań w moim życiu.- Pewnie świetnie rozumiecie ten początkowy "chaos" życia z nowym "przyjacielem" zwanym w skrócie SM.
   Postanowiłam opisać moją historię i podzielić się moimi doświadczeniem z SM, po przeczytaniu wielu Waszych opowieści, które zainspirowały mnie do napisania czegoś o sobie. Ten blog ma dla mnie również charakter terapeutyczny. Jest moją prywatną odskocznią od codzienności. Tu mogę wyładować moją frustrację, podzielić się przeżyciami- tymi radosnymi jak i smutnymi. (Sądzę, że wiele osób rozumie do czego zmierzam i nie muszę tłumaczyć).
   Mam nadzieję, że mój blog pomoże komuś zmierzyć się z SM i zainspiruje do stworzenia czegoś własnego .

*Dodam tylko, że jestem osobą o twardym charakterze i z dużym dystansem do siebie. Bardzo lubię i cenię sarkazm, którego może być dużo w moich wypowiedziach. Nie cierpię, za to koloryzowania i ubarwiania historii, więc moje wpisy mogą "oschłe" (tak zawsze na moje wypracowania mówiła polonistka w gimnazjum), krótkie i na temat.
*Hejtu się nie boję, bo każdy ma z nim dziś do czynienia, a najprościej się ocenia kogoś przez Interent - anonimowo. (Ciekawe czy tzw. Hejterzy mięli by odwagę w realu powiedzieć to co piszą na różnych stronach komuś prosto w oczy?)

Pora zacząć moją historię!