Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że za kilka miesięcy "zwykłe" przeziębienie wywoła kolejny rzut....
Od lutego co miesiąc chodziłam kontrolnie do neurologa- szczerze mówiąc nie przkładałam do niech większej wagi. Pani doktor wypisała mi skierowanie na rezonans magnetyczny głowy. Terminy w dużych miastach są maskrycznie długie. Dlatego tata znalazł rezonans w mniejszym mieście. W połowie marca pojechałam na badanie. Po kilku dniach dostałam kopertę z wynikiem. Wyczytałam z niego „ogniska demielinizacyjne”. Pozostało mi przeglądnięcie jak poprzednim razem „oferty” internetowej. Nie byłam nawet zaskoczona kiedy wyskoczyły mi dwie literki SM, ponieważ przy pozagałkowym zapaleniu nerwu wzrokowego już spotkałam ten termin. Tym razem baczniej czytałam różnego rodzaju strony o stwardnieniu rozsianym. Dalej jednak gdzieś wyrzucałam to z pamięci. Pod koniec kwietnia miałam iść z wynikami do pani neurolog i miało się wszystko wyjaśnić. Po wiosennej przewie świątecznej wróciłam pełna energii na studia. Nic nie wskazywało, że obudzę się ze zdrętwiałą lewą nogą, Właściwie to moja noga była "sparaliżowana". Idąc wlekłam ją za sobą, ale twardo uczęszczałam na zajęcia i praktyki w szkole. Ból i ciężar mi nie przeszkadzały. (Jestem od dziecka dość odporna na ból pomimo tego, że jestem bardzo drobna.) Przecież taka "błahostka" nie pokrzyżuje mi planów. Moi koledzy powtarzali ciągle, żebym poszła do lekarza. Nie mogli patrzeć jak z trudem chodzę. Rodzice nie bardzo wiedzieli co znowu mi się dzieje. Zachowali spokój, bo znali mnie że ciągle coś sobie skręcam albo wybijam więc dali mi czas, który mijał a mi nie przechodziło. Pod naciskami najbliższych poszłam do neurologa, jako że i tak miałam wyznaczony termin wizyty. Wywiad, badania ruchu, opis i oglądnięcie rezonansu i P. ma zapewniony kolejny pobyt w szpitalu – tym razem na neurologii. Lekarka szczerze powiedziała, że prowadzą badanie pod kątem boreliozy albo SM. Dlatego pierwszego dnia w szpitalu zaraz po tym jak się tylko przebrałam musiałam mieć zrobioną punkcję lędźwiową, na którą psychicznie nie byłam gotowa. Nie było przy mnie nikogo bliskiego. Rodzice byli w pracy i nie mogli wziąć dnia wolnego a reszta rodziny nie wiedziała, że będę miała taki zabieg. Punkcja odbyła się to bez znieczulenia. Mój płacz i krzyk słyszało pół szpitala... Do tej pory jak sobie to przypomnę to mam ciarki... Cały dzień z bólu przespała. Pamiętam tylko, że nie mogłam wstawać, żeby nie mieć zespołu popunkcyjnego- podobno boli głowa tak jak na kacu- na szczęście nie doświadczyłam kolejnego bólu. Na wyniki badań musiałam czekać kilka dni, ponieważ wysłano je do innego miasta. I tak spędziłam tydzień w szpitalu. Obchód, sterydy, rehabilitacja, tabletki i tak w kółko przez 7 dni. Można zwariować. Odliczałam dni do wypisu, nudząc się na oddziale. Znajomi starali się jak mogli, żeby dzwonić do mnie codziennie i zasypywać mnie opowieściami i ploteczkami. Jednak nie jestem przyzwyczajona do takiego biernego odpoczynku. Na szczęście rano lekarka przy obchodzie powiedziała, że dziś mogę wrócić do domu, jednak musimy porozmawiać. Czekałam jak na szpilkach na rozmowę z nią. W duchu jednak wiedziałam i byłam przygotowana na to co usłyszę...

